To był bardzo upalny dzień. Za upalny, jak na wesele, ale cóż pogody w tym dniu nie da się wybrać. Wszyscy byliśmy poddenerwowani, momentami aż iskrzyło a na dodatek były ku temu powody. Niby wszystko zostało perfekcyjnie zaprogramowane…na papierze, ale życie lubi pisać swój scenariusz.

Na początek zgubił się pan od tortu. Przez dwie godziny szukał nas po różnych salach weselnych. Kiedy w końcu przyjechał, okazało się, że największe – dolne piętro tortu nie mieści się w chłodziarce. Obsłudze udało się w końcu jakoś go wsadzić pod kątem. Nie było to rozwiązanie idelane, ale na ten moment wydawało się, że sytuacja jest uratowana.

Po kilku dalszych perypetiach, o których może jeszcze kiedyś napiszę, wesele przebiegało  w miarę spokojnie. Była godzina 20, kiedy przechodząc koło lodówki, zobaczyłam, że z tortu kapią wielkie, cukrowe łzy. Trochę mnie zamurowało, tort miał być główną atrakcją, miał pojawić się o 22 a tu nie widomo czy wogóle dotrwa.

Czy to z powodu złego zamknięcia  czy jakiegoś spadku napięcia chłodziarka zrobiła sobie przerwę. Tort płakał co raz szybciej a masa cukrowa zalewała półki.

Szybka decyzja. Przesuwamy wjazd tortu na już. Zespół ma być w gotowości, państwo młodzi nigdzie się nie rozchodzą – po prostu czerwony alert.

Tymczasem my z koleżnką i cały personel szybko rzucamy się do tortu i znowu szok. Cukiernia dostarczyła stojak na tort zupełnie niepasujący wielkością do pięter tortu i trudny do skręcenia. Wydawało się, że cały stelaż zaraz runie. Tort kapie coraz bardziej, stelaż się trzęsie a mnie w uszach wirują słowa pani młodej: pani Aniu tylko proszę dopilnować aby tort nie był zmrożony! Uff – nie jest:) Tego jestem pewna.

Cukrowa masa oblepia nam palce, kiedy staram sie przybrać je kwiatami. Dzięki Bogu za te kwiaty w ostatniej chwili wybrane przez młodych – nie widać ubytków w masie.

Jest. Szybko. Światło gaśnie. Zespół – tusz. Tort wjeżdża. Trochę się trzęsie i mamy obawy o stelaż, ale na szczęście się udało!

Takie sytuacje wbrew pozorom zdarzają sie dość często i są jak przysłowiowy piorun, nigdy nie wiadomo, gdzie i kiedy uderzą. Raz będzie to zespusta lodówka, innym razem zawali kucharz, kiedy indziej obsługa a czasem sami coś zapomnimy. Czy w związku z tym jest sens się tym przejmować jeśli nie mamy na to wpływu?

Przejmować się oczywiscie nie ma co, ani martwić na zapas, jednak można zrobić wszystko co w naszej mocy aby ograniczyć niechane niespodzianki.

W następnym odcinku opowiem Wam,  jak pewna para zminimalizowała skutki nieprzewidzianego przypadku nawet o nim nie wiedząc:)