Moja przygoda z magiczną MOCĄ to nie opowieść o pierwszym spotkaniu z wróżką, czy jakichś bliżej nieokreślonych tajemniczych praktykach. Wspomniane spotkanie to rozmowa z MOCĄ EM, czyli z MOCEM (dla jasności jest mowa o blogu mocem.pl). Trochę zawile i skomplikowanie zaczęłam, ale chyba takie jest życie. Na szczęście są ludzie, którzy wyjaśniają niektóre zawiłości, do takich ludzi z pewnością należą Ewa i Piotrek. Ich blog wyjaśnia wiele ciężkich i konfliktowych spraw. Co rozjaśniło mi? Temat nauk przedmałżeńskich, które nadchodzą dużymi krokami, powiedziałabym nawet, że są to skoki.

Bardzo fajnie rozmawiało mi się z Ewą, kilka maili i wszystko jasne! Postaram się kwestie kursu przedmałżeńskiego wyjaśnić, a tak właściwie zreferować wyjaśnienia blogerki.

SZYBKIE 2 GODZINY CZY DŁUGIE NAUKI PROWADZONE PRZEZ DUCHOWNYCH?

To było moje pierwsze pytanie, po ślubie mojej siostry, która musiała wziąć udział w naukach wersji fast, ja tez zaczęłam się nad nimi zastanawiać, ale…

Zacznę moją odpowiedź trochę od końca. Załatwianie nauk w 2 godziny albo jedynie w formie podpisu zazwyczaj nie ma sensu. Jedynym wyjątkiem jest sytuacja, kiedy narzeczeni mają bardzo mało czasu do ślubu, losowe zdarzenia uniemożliwiają im udział w dłuższych kursach, a przyspieszone nauki przeprowadzane są indywidualnie, najlepiej przez osobę, która zna parę. Jest to jednak dla mnie ostateczność.

Jeśli chodzi o krótsze, weekendowe formy to polecam wyjazdowe nauki. Zazwyczaj są one lepiej i ciekawiej przeprowadzone, często przez duszpasterstwa małżeństw lub akademickie, więc przez ludzi, którzy mają podejście do młodych osób i/albo są specjalistami w tematach życia małżeńskiego. Coraz częściej wśród prelegentów spotykamy nie tylko kapłanów, ale także świeckich – małżeństwa o różnym stażu i doświadczeniu oraz psychologów zajmujących się poradnictwem rodzinnym. Dla wielu osób duchowni są mało „wiarygodni” – przecież nie mają żon. Mimo tego, że zupełnie ten argument do mnie nie przemawia (np. nie trzeba mieć dzieci, żeby być dobrym pedagogiem i znać się na ich wychowaniu, a ksiądz o małżeńskich problemach nasłucha się w konfesjonale więcej w ciągu pierwszego roku kapłaństwa niż przeciętny człowiek przez długie lata), lubię słuchać innych małżeństw i od nich czerpać wiedzę i doświadczenie. Jakby nie patrzeć, jeśli mówią oni o swoim życiu, są w stanie opowiedzieć więcej i pełniej niż ktokolwiek, kto opowiadałaby to za nich.

DŁUGIE NAUKI SĄ SPOKO?

Według mnie tak. Nawet, jeśli nauki same w sobie nam się z jakiegoś powodu nie podobają, budzą emocje, dyskutujemy o nich i coraz lepiej się poznajemy. Uczestnicząc w skróconych kursach, nie mamy tego czasu na refleksje, lecimy z kolejnymi tematami i po wyjściu zapominamy o połowie rzeczy, które chodziły nam po głowie jeszcze pół godziny wcześniej. To, co usłyszeliśmy „pracuje w nas” za każdym razem tak samo długo, ale po przyspieszonych naukach jest tych rzeczy dużo więcej i wielu nadajemy na tyle niski priorytet, że nam uciekają. Na krótkich spotkaniach organizowanych co jakiś czas właśnie ten okres pomiędzy nimi jest według mnie najważniejszy. Nie chodzi o to, co konkretnie powie ksiądz czy inny prelegent, ale o to, co my jako para z tym zrobimy (i czy zrobimy z tym cokolwiek?)

A GDZIE SZUKAĆ? CZY WZIĄĆ PIERWSZE LEPSZE?

Idąc na jakiekolwiek nauki przedmałżeńskie, trzeba dobrze wybrać. Poszukać w internecie opinii innych osób, popytać znajomych i zrobić rozeznanie jak najwcześniej, bo miejsca na najciekawszych kursach znikają zaskakująco szybko. 🙂 Skoro jest to obowiązkowa część przygotowania do ślubu (a właściwie do małżeństwa!), warto wybrać dobre nauki, z których coś wyniesiemy, a nie zmarnujemy tego czasu. Czas jest bardzo cenny w przedślubnych miesiącach. 🙂

PIENIĄDZE, PIENIĄDZE. CZY DŁUGIE NAUKI SĄ DROŻSZE OD WEEKENDOWYCH?

W wielu miejscach obowiązuje zapłata „co łaska”, co jak się okazuje, często jest dość kłopotliwe, bo niektórzy myślą, że jest jakaś minimalna kwota, której organizatorzy oczekują. Niestety czasem tak jest, ale nie jest to żadna reguła. Nie raz spotkałam się z tym, że prowadzący podkreślają, że brak pieniędzy nie może być przeszkodą do udziału w kursie i proszą o większe wpłaty tych, którzy mogą sobie na to pozwolić, by pokryć koszty uczestnictwa reszty. Według mnie to jest bardzo dobre posunięcie i nikt nie powinien przez to czuć się urażony.

Konkretne ceny są bardzo różne. Najdroższe są kursy weekendowe wyjazdowe – wtedy w cenie mamy uwzględniony nocleg oraz wyżywienie i tutaj nie ma się co dziwić, że trzeba więcej zapłacić. Świeccy, którzy włączają się w przygotowanie takich kursów, często robią to bezpłatnie, z potrzeby serca, i za ich obecność (miejsce do spania i posiłki) płacą razem uczestnicy. Jest to i tak tańsza opcja, niż gdyby pobierali oni normalne wynagrodzenie. 🙂

Długie nauki (krótkie spotkania w odstępach tygodnia lub miesiąca) i te weekendowe, ale prowadzone na miejscu (bez noclegu!) często mają podobne ceny. Sumarycznie, ilość godzin wykładów i warsztatów jest także zbliżona.

Warto zwrócić uwagę, czy w ciągu danego kursu mamy już uwzględnione spotkanie w poradni rodzinnej. Jeśli nie, może się to wiązać z dodatkową opłatą (choć nie musi).

Cena kursów przedmałżeńskich jest dla mnie dość umowną kwestią, która nie powinna mieć wpływu na wybór. Różnice w kwotach nie są bardzo duże, a jeśli zależy nam na udziale w jakiś konkretnych naukach, z pewnością dogadamy się z prowadzącymi, co do kosztów (o ile tylko one są przeszkodą). W niektórych parafiach są nawet organizowane zupełnie bezpłatne nauki przedmałżeńskie.

Moja rozmowa z panią Ewą była nieco dłuższa i bardzo wiele się dowiedziałam, dziękuję za wszystkie rady, jednak dalszą część pozwólcie, że zostawię dla siebie. Chcecie wiedzieć więcej? Nic prostszego, wskakujcie na MOCEM 🙂

logo-mocem olborscy-mocem