Dzisiaj chciałam podzielić się z wami bardziej osobistą opowieścią, gdyż właśnie mija kolejna rocznica mojego ślubu.

29 stycznia i w dodatku  środa nie wydaje się zbyt dobrą datą na realizację swojego ślubnego marzenia. Pod względem pogody faktycznie nie był to wymarzony dzień: ani ładny, ani brzydki, ani zimowy ani wiosenny można powiedzieć zupełnie nijaki.

Ślubna gorączka zaczęła się trzy tygodnie wcześniej, kiedy mój przyszły mąż po baaaardzo długiej znajomości pewnego razu rzekł: „wiesz, ponieważ są promocje na loty do Rzymu to weźmy ślub i pojedźmy w podróż poślubną.”  Sami przyznacie, że nie było to zbyt romantyczne:) chociaż ja zawsze bardziej ceniłam w mężczyznach poczucie humoru niż romantyzm:) Miałam za swoje.

Był tylko mały szkopuł, ślub musiał się odbyć za trzy tygodnie:) No nie – pomyślałam –  czekałam tyle lat, żeby w kilka tygodnie uwinąć się ze wszystkim? A gdzie moje marzenia, plany, wesele w ogrodzie?

Załatwić w trzy  tygodnie wesele na 300 osób? Ponieważ nie mogliśmy się zdecydować kogo zaprosić tylko na ślub a kogo też na wesele zaprosiliśmy wszystkich i tu i tu.  Stąd ta zawrotna liczba gości. Oczywiście nie było czasu na papierowe zaproszenia więc wszystko załatwialiśmy telefonicznie, także siłą rzeczy trochę osób się obraziło za małą elegancką formę. Ale ci, którzy przyszli i tak szczelnie wypełnili kościół.

Zdecydowaliśmy się tylko na bankiet, jedzenie w formie szwedzkiego bufetu. To było kilkanaście lat temu i cały przemysł cateringowy, ciastkarski, weselny dopiero się rozwijał. Na szczęście mieliśmy znajomą, która była szefem w hotelu i pomogła nam uszykować jakieś 2 tys. tartinek. Część rzeczy udało nam się wypożyczyć, część musieliśmy kupić. Do dziś mam w domu jeszcze 200 kieliszków:) Nawet fajnie, bo nie muszę się martwić, jak się stłuką:).

Cały pomysł z weselem spadł na mnie dość nieoczekiwanie. W dodatku  mój dziadek rozchorował się i trafił do szpitala. Mama więc całymi dniami była przy nim zajęta.

Z jednej strony czułam wielkie szczęście  a z drugiej przytłaczający mnie strach co do tego, jak się wszystko ułoży.  Na domiar złego przy omawianiu szczegółów ślubu zaczęliśmy się strasznie z Piotrem spierać.  Wielu rzeczy nie mieliśmy omówionych, wiele wydawało się wcześniej nieistotnych a tu nagle stawało wszystko na ostrzu noża. W pewnym momencie wydawało mi się nawet, że do ślubu nie dojdzie. Pokłóciliśmy się nawet idąc do USC aby odebrać dokumenty.

Po prostu wyszły z nas typowe żeńskie i męskie cechy i zupełnie inne rozumienie świata. Są takie rzeczy, które zrozumieją tylko kobiety:) zwłaszcza przy organizacji ślubu. Dziś już zrozumiałam, że faceci to naprawdę  zupełnie inna płeć. Choć w tamtym czasie wydawało mi się to końcem świata. Czułam się całkowicie nie zrozumiana. Jakbym trafiła na inny gatunek człowieka.  Czy to ma być ten człowiek, z którym mam spędzić całe życie? Który mnie w ogóle  nie rozumie, bagatelizuje wszystkie moje obawy. Na prawdę faceci są z Marsa:) Wynika to pewnie z tego, że chcemy trochę zrobić z mężczyzn nasze przyjaciółki, tak żeby im móc wszystko opowiedzieć, wszystkie przeżycia, wątpliwości. A gdy oni na to odpowiadają tylko – uhu, aha, no, no  – wpadamy rozpacz, bo wydaje nam się że oni nas po prostu nie słuchają a już na pewno nie rozumieją. Czemu  ta komunikacja jest taka trudna?

Zaczęłam na szybko szukać różnych rzeczy potrzebnych do ślubu: fryzjerki, makijażystki, bukietu. Ktoś polecił mi ponoć dobrą fryzjerkę. Fryzura próbna nie była najgorsza więc się zdecydowałam. Niestety nie była to epoka smartfonów i nie wykonałam zdjęcia. W dniu ślubu fryzura jakby trochę odbiegała od tego co zapamiętałam.  Po prostu p. Gosia nie zapamiętała mnie jakoś specjalnie.

Od p. Gosi wzięłam namiar na  kosmetyczkę na sąsiedniej ulicy. Niestety jak to blondynka (wtedy byłam blondynką) poszłam w prawo a nie w lewo i trafiłam do dość przypadkowego gabinetu. Ponieważ nie miałam czasu na makijaż próbny, uwierzyłam pani kosmetyczce na zapewnienia, że sobie poradzi z makijażem. Jakież było moje zdziwienie, gdy w dniu ślubu pani makijażystka poczęła dość panicznie szukać czegoś w swojej kosmetyczne, pytając dlaczego nie przyniosłem własnych kosmetyków. Coś jednak  w niej  znalazła, nie wyszło to źle, ale ja miałam płacz na końcu nosa.

Jeśli chodzi o bukiet – zamówiłam go w kwiaciarni, która robiła w tym czasie w miarę ładne wiązanki. Pani po prostu położyła przede mną album z bukietami i powiedziała: „proszę sobie wybrać.” No i wybrałam,  trwało to jakieś  5 minut.

Suknię znalazłam również  dość szybko. Weszłam do pierwszego sklepu na słynnej krakowskiej ulicy z sukniami ślubnymi. Ulica Długa  to takie nasze  ślubne Zagłębie.  Pani była dość miła, niestety sklep był jakoś słabo ogrzewany i pamiętam z niego  przejmujące zimno:) Na szczęście pierwsza mierzona suknia okazała się strzałem w dziesiątkę. Nie mierzyłem już więcej.

Bardzo zależało mi na welonie koronkowym. Ponieważ był dość drogi zdecydowałam się na zwykły tiulowy, ale chciałam aby był nakładany na głowę bez jakiś spinek czy grzebyków. Pani jednak dość autorytatywnie stwierdziła, że musi być grzebyk, bo jak to tak. W dniu ślubu musiałam zdać się na pomoc koleżanek przy jego upinaniu i dopiero na zdjęciach odkryłam, że wpięły mi go jakoś idiotycznie w połowie głowy a z boku wystawały spinki i wsuwki. Wyglądało to jak wielki kołtun.

Fotografie robił nam zaprzyjaźniony amator,  natomiast film postanowił nakręcić wujek. Problem w tym, że zapomniał dokupić taśmy i w połowie ślubu film się urwał. W dodatku wszyscy byliśmy w jakieś zielonej poświacie:) oglądnęłam go tylko raz.

Sam ślub wypadł już bardzo imponująco. Choć z tego dnia nie wiele pamiętam. Czułam jak unoszony przez wodę balon. Ktoś mnie ubierał, ktoś wsadził mi w usta ciastko żebym coś zjadła. W końcu wsadzili mnie w auto i pojechaliśmy do kościoła. Dobrze, że był przy mnie mój ojciec chrzestny, który prowadził mnie do ołtarza, bo chyba bym nie dała rady sama przejść przez kościół.

Mamy ogromną liczbę przyjaciół i wielu z nich  w jakiś sposób chciało umilić nam dodatkowo ten dzień poprzez śpiewy, gry na różnych instrumentach. Było dość nietypowo i baaardzo długo:) a potem były życzenia, które trwały bagatela 1.40:)

Bajki zazwyczaj tu się kończą, zakładając, że od tej pory już wszystkie trudności są zażegnane. Faktycznie nasz tydzień miodowy w Rzymie był na prawdę cudowny. Pierwszy raz leciałem samolotem i wtedy pomyślałam, że nawet jakbyśmy zginęli to i tak wszystko co kocham mam ze sobą:)

Kiedy tak wspominam swój ślub z perspektywy czasu i przypominam sobie różne emocje, które mną targały, to na pierwszy plan wysuwa się niepewność pomieszana z ogromnym szczęściem. Choć muszę powiedzieć, że czułam się też trochę samotna. To takie dziwne pomieszanie uczuć, gdzie obok bardzo smutnych i trudnych emocji czujemy wewnętrzną radość.  Radość, że spełnia się nasze marzenie a smutek, że tak trudno to przychodzi i tyle nas kosztuje.

Nie wiem w jakim punkcie swojego życia jesteś dzisiaj. Może decyzja o ślubie spadła na ciebie  znienacka i czujesz się trochę zagubiona, jak ja kiedyś. I mimo, że się cieszysz to jednak chciałbyś to przeżyć inaczej, dopracować a tu goni czas.

A może właśnie odwrotnie, wszystko masz już zaplanowane i dokładnie wiesz czego chcesz i na pewno nie dopuścisz, aby na twoim weselu były błękitne wstążki zamiast szafirowych. Ale niestety widzisz same szczegóły, kolory i fasony, a gdzieś obok ciebie jest twój partner trochę samotny, bo prawie nie macie czasu w trakcie tych przygotowań dla siebie.

Może jesteś jedną z tych dziewczyn, które wciąż czekają na decyzje swojego ukochanego a ona nie nadchodzi. Mówisz mu o czasie, o tykającym zegarze. A on ciągle swoje: „że jeszcze nie czas”,  – choć w zasadzie nic nie stoi na przeszkodzie. Może już pogodziłaś się, że tak już musi być. I na pytania znajomych, kiedy ślub odpowiadasz, że ci w cale nie zależy, bo postanowiliście inaczej.

Może jesteś zbyt przytłoczona przez rodziców, teściów i z przerażeniem patrzysz jak teściowa wymusza decyzje na twoim narzeczonym i on jej tak bardzo ulega a powinien wziąć twoją stronę. A może właśnie brak ci rodziców, bo już nie żyją i tak ci bardzo żal, że tego nie zobaczą. Jednocześnie więc dzień ślubu będzie najweselszym i najsmutniejszym dniem twojego życia.

Nie wiem na jakim etapie jesteś, ale na pewno na bardzo ważnym. W moim życiu w te trzy tygodnie przygotowań przeżyłam i przemyślałam wiec niż przez osiem lat znajomości. Przede wszystkim odkryłam coś co zaowocowało w późniejszym moim życiu zawodowym. Kiedy odkryłam zawód konsultanta ślubnego wiedziałam, że to jest to, co chcę robić.  Wróciły do mnie wszystkie wspomnienia, marzenia, obawy. Zapragnęłam  stworzyć taki team, grupę osób, z którymi będziemy mogli robić najpiękniejsze  wesela i spełniać marzenia. Grupę takich współpracowników,  którzy mnie nie zawiodą, a przede wszystkim nie zawiodą panny młodej. Nie będą jak moja makijażystka szukały w panice kosmetyków ani nie zapomną filmu jak mój wujek, wybiorą najpiękniejsze kwiaty do bukietu a zdjęcia będą pamiątka na całe życie.  I myślę, że mi się to udało.

Nie mogę zmienić waszego życia, trudnych sytuacji, podjąć za was ważkich wyborów, ale mogę sprawić aby czas współpracy ze mną dał wam trochę wytchnienia, pewności, oparcia, dobrej energii. Jestem jedną z was:)

Wszystkim pannom młodym życzę aby ten rok przygotowań ślubnych był ich najwspanialszą przygodą i wstępem do jeszcze wspanialszego życia we dwoje. Żebyście odnalazły siebie, swoje miejsce w związku a przede wszystkim abyście byli dla siebie wsparciem. Bo  życie nie jest jak bajka i nie kończy się w momencie ślubu:) Na szczęście!