Ania wspominała o sytuacjach kryzysowych, w przygotowaniach też takie się zdarzają, ale nie o to chodzi, żeby się załamywać:) Opowiem Wam, co nam się zdarzyło… i przygotujcie się bo jest to historia NIEWIARYGODNA, ale prawdziwa.

Na ślub zapraszamy zazwyczaj gości, a żeby to zrobić potrzebujemy zaproszeń, a co trzeba zrobić najpierw? Wybrać je spośród tysiąca wzorów, kolorów, kształtów, itp. Po wielu trudach, zamówionych próbkach i dyskusjach wybraliśmy te wyjątkowe:)

Kolejny etap czyli wysyłanie listy gości i składanie zamówienia był jeszcze przed nami, bo mieliśmy jeszcze trochę czasu. Na szczęście! I tu pojawia się moment kulminacyjny naszej historii. Zostaliśmy zaproszeni na wesele do bliskiej rodziny i co zobaczyliśmy w kopercie? Nasze zaproszenia. Jak to się stało? Nie wiem może to te geny, może pech, zbieg okoliczności, tego się nie dowiemy, ale jedno wiedzieliśmy musimy na szybkości szukać nowych zaproszeń, zamawiać nowe próbki i znów wybierać, przebierać…a czasu niestety było już bardzo mało.

Dodatkowo, żeby nie było tak pesymistycznie to powiem Wam, że chyba tak miało być. Trochę stresu i zamieszania, ale ostatecznie znaleźliśmy zaproszenia, które jednak odpowiadały nam bardziej. Morał? Jest i morał – chociaż to nie bajka – każda sytuacja kryzysowa coś oznacza i do czegoś prowadzi, widocznie tak miało być, widocznie należy zmienić zdanie, koncepcję. Zastanowić się, że może to nie jest to.

W sytuacji kryzysowej popatrzcie na nią jak na „znak”, a nie jak na jakąś tragedię:)

Szukajcie „znaków” i pamiętajcie nie taki kryzys straszny jak go malują.