Kiedy do mojej skrzynki wpada mail z tytułem Formularz, zawsze czuję takie ściskanie w dołku. Oto nowa para młoda znalazła moją firmę i pragnie powierzyć mi organizację wesela. Wtedy szybko odpisuję jak najbardziej osobistego maila, w którym przede wszystkim zapraszam na spotkanie twarzą w twarz. I niecierpliwie oczekuję rozwoju wydarzeń.

Niestety często się zdarza, że potencjalni klienci są zainteresowani tylko kontaktem wirtualnym, ofertą i cenami. Piszą i zaraz znikają.

Z Panią Agnieszką było inaczej. Od razu zgodziła się na spotkanie, gdyż termin wesela zbliżał się milowymi krokami, a ona wciąż nie umiała się zdecydować czy wybrać na miejsce wesela Kraków, czy Warszawę.

Nie szłam na to spotkanie jakoś bardzo zachwycona, bo taki niezdecydowany klient to trudne zadanie. Ale na początku swojej pracy obiecałam sobie i światu, że to pierwsze niezobowiązujące spotkanie będzie takim moim prezentem. I nie zależnie od tego, jak ułoży się nasza współpraca dam z siebie wszystko.

Spotkałyśmy się w centrum Krakowa w słodkiej kafejce na rogu Brackiej i Rynku. Pani Agnieszka opowiedziała mi o całej koncepcji swojego ślubu i wesela.

I im dłużej jej słuchałam, tym bardziej czułam, że coś się w całej tej opowieści nie klei. Rozważała miejsce od Warszawy po Kraków, od ślubu kościelnego do cywilnego, kolory może biały a może fioletowo-fuksjowy. Nie były to jednak rozterki typowej niezdecydowanej panny młodej, której wystarczy tylko uporządkować myśli. Spytałam w końcu o to, jak na to wszystko zapatruje się narzeczony. Wielki Nieobecny naszej rozmowy przebywał w Nowej Zelandii i ponoć dawał zgodę na wszystkie działania.

Po dwuipółgodzinnej rozmowie udało nam się sporządzić ogólny zarys tego wesela, opracowałyśmy budżet i ustaliłyśmy kamienie milowe działań i harmonogram. Od stolika wstałyśmy gotowe do działania, bo i czasu było naprawdę mało.

Jakie było moje zaskoczenie gdy dwa dni później dostałam maila, że ślub został odwołany. Byłam ogromnie rozczarowana. Żal mi było Pani Agnieszki, którą już zdążyłam polubić. Żal mi było również niedoszłego zlecenia.

Kiedy tak siedziałam przed komputerem myśląc co odpisać i jak pogodzić współczucie z rozczarowaniem do skrzynki wpadł kolejny mail. Pani Agnieszka naprawdę serdecznie podziękował mi, za spotkanie i to jak wiele zmieniło w jej życiu. Czuła się nawet w obowiązku pokryć koszty mojego zaangażowania.

W pierwszym momencie nie zrozumiałam za co mi dziękuje. Rozmawiałyśmy przecież o organizacji, logistyce, budżecie a nie o relacjach. Jednak okazało się, że moje proste pytania pomogły jej zrozumieć, że wszystkie niepewności wynikały z tej jednej najważniejszej – niepewności co do wyboru właściwej osoby. W jednym momencie całe moje rozczarowanie się rozpłynęło.

Ta historia wydarzyła się na początku mojej drogi zawodowej i wywarła na mnie ogromne wrażenie. To był czas kiedy nie miałam zbyt wielu zleceń i każde było na wagę złota a do tego jeszcze kredyt i inne opłaty.
Kiedy jednak decydowałam się zajmować organizacją wesel jasne było dla mnie, że przede wszystkim chcę sprawić aby ludzie byli szczęśliwi. A życie, nie czekając długo, powiedziało: „Sprawdzam.”
Jeszcze kilka razy dostałam od Pani Agnieszki kartkę na święta. Czułam, że jest szczęśliwa.
A czy Ty czujesz się szczęśliwa przy organizacji swojego wesela?
Jeśli organizujesz wesele i potrzebujsze pomocy, albo po prostu chcesz się z kimś podzielić swoją opowieścią, napisz do mnie kontakt@annaboron.pl