To miało być wspaniałe wesele… Dzień przed zaczęliśmy ostateczne przygotowania do uroczystości. Do lokalu przyjechały wielkie drzewa w donicach, snopy siana, stare beczki, rolki trawy i mchu i morze kwiatów.

Zaczęli schodzić się podwykonawcy, rozstawiać oświetlenie, zawieszać setki żarówek. Dostawałam informację, że powoli zjeżdżają się goście. Chłopaki od video już wpadli, aby kręcić przygotowania. Statek, którym mieli płynąć goście, też zdążył z remontem w ostatniej chwili.
Wszystko szło idealnie, zbyt idealnie. Około godziny 16 zaczęłam odczuwać dziwny niepokój. Może dlatego, że byłam umówiona z panem młodym na telefon, a od godziny nie mogłam się do niego dodzwonić. Wg mojego grafiku młodzi mieli właśnie instalować się w pobliskim hotelu.

Pobiegłam tam co sił i…przeżyłam szok. Okazało się, że pan młody zabrał bagaże i się wyprowadził.

Nie to chyba pomyłka – pomyślałam- uciekł?

-Dlaczego?- spytałam recepcjonistkę.
– Bo nie był zadowolony – odparła.
– Bo?
– Nie wiem – odpowiedziała.

Chwila! Nocleg kosztuje 2 tys. za noc. Para młoda, która ma spędzić tu najważniejsze dni życia, wyprowadza się a recepcjonistka mówi, że ona nie wie dlaczego? Wypadłam na pole w poszukiwaniu Pana Młodego. Stał niedaleko, paląc papierosa, obok leżały bagaże. Przy nim stał świadek, gdyż jeszcze mieli jechać, odebrać garnitury z przymierzalni.

– Aniu- oświadczył, gdy mnie zobaczył, -nie zamieszkamy tu.

Marcin był jednym z najmilszych facetów, jakich spotkałam w życiu. Wiedziałam, że jeśli tak mówi to stało się coś ostatecznego. Było jednak gorzej.

Hotel nie tylko pomylił pokoje i dał parze dwójkę, tak małą, że żeby wejść do łazienki, trzeba było składać łóżko! Kiedy jednak spostrzegli błąd, zamienili na apartament, ale zupełnie inny niż był w zamówieniu, a następnie zagrozili ściągnięciem należności z karty, bo wg regulaminu hotelu doszło do rezerwacji. W tym momencie głównym problem stało się zablokowanie karty przed nieuczciwym hotelarzem.

Tak więc staliśmy w trójkę o godzinie 17.30 na słonecznym Krakowskim Kazimierzu gorączkowo myśląc co dalej. Do zamknięcia wypożyczalni zostało pół godziny. Marcina ze świadkiem posłałam więc po garnitury a sama pobiegłam do zaprzyjaźnionego hotelu ubłagać recepcjonistkę, aby wyszukała mi wolne apartamenty, sama zaś pojechałam na dworzec, gdzie miałam jeszcze coś odebrać.

Ok godz. 19 dobra wiadomość – jest jeszcze wolny apartament, szybka decyzja, rezerwacja. Jedziemy. Niestety zmieniło to cały misternie przygotowany plan. Trzeba poinformować taksówki, dorożkę, ekipę filmową, świadków. O godz. 21 jesteśmy już w miarę dobrych humorach. Wszystko opanowane. Przed nami jeszcze kilka godzin ustawiania dekoracji, dwie godzin snu i o 7 rano już znowu na nogach.

Kiedy goście weszli do wspaniałej sali i usłyszałam taką wielką ciszę, a potem wow…! Poczułam, że marzenie Moniki i Marcina zrealizowało się.

Kilka lat wcześniej, gdy zaczynałam swoją pracę dużo znajomych pukało się w głowę: w Polsce chcesz pomagać w organizacji wesele? A kto ci za to zapłaci? Polacy są tak samodzielni i samowystarczalni i oszczędni – zapomnij. To jakaś zagraniczna moda – nie masz szans. To prawda – pomyślałam – ale mają też swoje marzenia.

Nie ma ładnej nazwy na mój zawód. Akcent położony jest na organizację, planowanie, doradztwo, jak w biznesie. Gdybym mogła jednak go wymyślić to byłby pewnie spełniacz marzeń albo dream maker. Czy można robić piękniejszą rzecz niż pomagać przy realizacji marzeń?

A kto jest Twoim spełniaczem marzeń?